Ludziom jest zimno od mrozu a atmosfera gorąca. Ze złości
K.Janiszewska, B.Ciryt
2010-01-21 09:41:38
,
Aktualizacja
2010-01-21 09:46:06
W wielu wsiach od tygodni nie ma prądu i wody. Ludzie wegetują w ciemnych i zimnych domach.
Mieszkańcy małopolskich wsi przeżywają ciężkie chwile. - Żyjemy jak w Średniowieczu albo w stanie wojennym - porównują. Już drugi tydzień nie mają prądu. W wielu miejscach brakuje wody. Najbardziej prozaiczne czynności dnia codziennego stały się dla nich nie lada wyzwaniem. I mimo mrozu, w wielu miejscowościach w Małopolsce północnej i zachodniej robi się gorąco. Ludziom puszczają nerwy.
- Czemu nikt nic z tym nie robi. Już dawno można było puścić kable w ziemi - denerwuje się Anna Chramenga. - Żeby w XXI wieku żyć bez prądu to nie do pomyślenia. Jeszcze jak by to było gdzie indziej. Ale Jerzmanowice, 20 km od Krakowa? - denerwuje się.
Wszystkim najbardziej doskwiera brak informacji. Nikt nie wie, kiedy będzie można wrócić do normalnego życia. - Żeby chociaż kto jakieś ogłoszenie na tablicach we wsi dał, kiedy w końcu prąd będzie - apeluje Lucjan Gorgoń z Jangrotu w powiecie olkuskim. Brak informacji nas wykańcza.
W Gotkowicach (pow. krakowski) prądu nie ma ponad tydzień. - Jest ciężko - mówi pani Marianna Kemona. Przed tygodniem zabrakło nie tylko prądu, ale i wody. Nim podłączono agregaty w kranach było sucho.
- To rozpacz - przyznaje starsza kobieta. - Topiłam śnieg i grzałam wodę na mycie, ze śniegu robiłam herbatę. Bałam się wyjść do sklepu, bo było ślisko. Teraz woda jest, ale nałapałam w baniaki i wiadra, na wypadek jakby znów zabrakło - opowiada.
Pani Marianna jest w o tyle dobrej sytuacji, że nie marznie. - Z ogrzewaniem nie mam kłopotu, bo latem uratowałam przed wyburzeniem stary kaflowy piec. Teraz sobie w nim palę i gotuję - opowiada.
Gdy w Gotkowicach zabrakło prądu, stanęła piekarnia. Tadeusz Kołodziejczyk kupił agregat. Stara się piec chleb. - Ale mieszkańcy i tak jeżdżą na zakupy do miasta - zauważa. Nic dziwnego, przez dwa dni po awarii zaglądali tu wszyscy i niestety odchodzili z pustymi torbami.
Ludzie są bezradni.- Co dzień tylko kłopoty i utrudnienia - mówi Bożena Kurek z Przegini (pow. krakowski). Jej najstarsza córka Kasia pracuje i studiuje w Krakowie. - Bluzki wozi do prasowania do koleżanki - opowiada kobieta. - Przy świeczkach bez prądu i komputera nie może się uczyć i pisać pracy. To wegetacja - ucina pani Bożena. Ma w domu jeszcze dwoje dzieci. Wieczorami gra z nimi w karty, żeby się nie nudziły.
Sytuacja w Jerzmanowicach (pow. krakowski) nie jest lepsza. Andrzej Pabic nie ukrywa: - Ani się umyć, ani ogolić, ani uprać. Lodówkę trzeba było opróżnić, wynieść wszystko na strych, żeby się nie popsuło. Ogrzewania nie ma - opowiada. - Żonę z wnukami wysłałem do rodziny w mieście - dodaje. Żeby sobie zrobić herbatę, odwiedza sąsiada. Łączności ze światem nie ma, bo komórka padła i nie ma gdzie podładować.